Nazywam się Magdalena, jestem z Lublina i modlił się Pan nade mną a następnie dał mi namiar na Agnieszkę. Czuję, że to pora żebym dała swoje świadectwo, choć niestety z przyczyn formalnych nie będzie ono dokładnie takie jak chciałabym żeby było. Ale po kolei.



Będzie długo ale zacznę od samego początku żeby zachować logikę całej tej historii. To jest naprawdę ważne.

Moje relacje rodzinne zawsze były złe
, moja mama nie chciała mnie urodzić, próbowała usunąć ciążę ale jej to nie wyszło, uratowała mnie babcia. Mama rozwiodła się z moim ojcem, tata odszedł i nie chciał utrzymywać kontaktu, więc praktycznie wcale go nie pamiętam. Nie wiem czy poznałabym go na ulicy.

Mama szybko znalazła sobie kogoś innego, z jej strony i jej nowego partnera razem z moim rodzonym bratem doświadczyliśmy mnóstwo cierpienia, znęcania się psychicznego i fizycznego. Gdy miałam 15 lat zaczęłam chorować, pojawiły się u mnie po wyjściu ze szpitala, potężne bóle brzucha które uniemożliwiały normalne funkcjonowanie.

Rodzina choć widziała co się dzieje nie chciała mi pomóc, nie zaprowadzili mnie do lekarza, a ja jako niepełnoletnia nie mogłam pójść sama. Kiedy przestałam dawać radę wychodzić z domu i zaczęłam opuszczać szkołę, zainterweniowała dyrektorka. Jednak i tym razem nie było mi dane pójść do lekarza na badania, ponieważ rodzina uznała, że jestem chora psychicznie, taka była ich diagnoza, bez konsultacji z lekarzem specjalistą.

Próbowali mnie zamknąć w szpitalu psychiatrycznym, na szczęście pomimo licznych prób, które podejmowali w tej kwestii, żaden z psychiatrów i psychologów którzy mnie diagnozowali nie zgodził się na to.  Wszyscy uważali że jestem normalną dziewczyną, że przyczyna bólów musi być typowo fizyczna, że trzeba przeprowadzić badania i radzili żebym jak najszybciej wyprowadziła się z domu. Pomimo że przekazywali te informacje również rodzinie, nie wpłynęło to na nich żeby w jakikolwiek sposób zechcieli zmienić swój stosunek do mnie na lepsze lub mi pomóc.

Przez kilka kolejnych lat walczyłam o siebie i swoje życie, pomimo bólu wychodziłam z domu do szkoły potem na zajęcia i do pracy, choć często zdarzały się tak silne nawroty, że tygodniami nie byłam w stanie uczestniczyć w normalnym życiu i wtedy znowu wisiało nade mną że stracę pracę lub zostanę wyrzucona z uczelni. Jakimś cudem jednak mi się udało do dzisiaj nie wiem, ale mimo nieobecności zostałam dopuszczona do matury, zdałam ją a potem skończyłam studia. Zaczęłam też samodzielnie szukać przyczyny swoich problemów, chodziłam do lekarzy specjalistów i okazało się że tych chorób to mam dokładnie 5, z czego jedna jest wrodzona  - to jest wada serca a pozostałe 4 mają podłoże autoimmunologiczne, te choroby to Hashimoto, przewlekłe zapalenie błony śluzowej żołądka, dysbakterioza jelit  i endometrioza.


Dzięki pomocy lekarzy i dietetyka zaczęłam funkcjonować na tyle dobrze
, że mogłam zacząć dobrą pracę. Przez kilka lat dawałam sobie świetnie radę ale mniej więcej pięć lat temu endometrioza nasiliła się do tego stopnia, że zaczynała wchodzić na poziom nowotworowy.  Bóle były nie do zniesienia. Przeszłam przez jedną operację ale to w niczym nie pomogło. Zaczęło być tak źle że do pracy przychodziłam raz na tydzień  i to na dwie godziny. Zaczęło mi poważnie grozić to, że zostanę zwolniona, powiedziałam rodzinie co się dzieje, błagałam ich o pomoc ale jedyne co usłyszałam, to że będzie im na rękę jeśli w końcu będzie po mnie. 

Dokładnie 4 listopada 2015 roku szłam wieczorem przez miasto i rozmyślając o tym co się dzieje, zrobiłam podsumowanie i zrozumiałam że rodzina mi nie pomoże, ja sama nie daję rady, zaraz mnie zwolnią z pracy a lekarze do których chodzę rozkładają ręce i nie są w stanie pomóc. Więc tak spokojnie, na chłodno uznałam że pora się zabić. I wracałam do domu po to tylko żeby to zrobić. To było postanowione, wręcz wydawało mi się wtedy jedynym ratunkiem. Mimo to poszłam jeszcze do Kościoła, trwała Msza z modlitwą o uzdrowienie.



Wszystko mnie irytowało w tym Kościele, chciałam wyjść ale mimo to zostałam. Gdy zaczęła się Adoracja, poczułam że całe ciało mi kamienieje, nie wiedziałam co się dzieje, ale wiedziałam że mogę w każdej chwili wstać i przerwać to, chciałam jednak poddać się temu uczuciu. W pewnej chwili, mając całkowitą świadomość tego co się dzieje w Kościele, miałam coś jakby wizję.

Zobaczyłam Pana Jezusa
który stał na środku Kościoła i czystą radością uśmiechał się do mnie i cieszył się że przyszłam. W tym uśmiechu nie było nawet cienia rozczarowania moją osobą, On po prostu był najszczęśliwszą Osobą na świecie i to tylko dlatego, że mnie widzi. W duchu sobie mówiłam: „Dlaczego Ty się tak cieszysz na mój widok? Mnie wszyscy nienawidzą i wyganiają od siebie. Dlaczego Ty się cieszysz że mnie widzisz?”



W mojej wizji Pan Jezus podszedł do mnie i patrząc mi prosto w oczy ze swoim pełnym radości uśmiechem wyciągnął rękę, przebił nią moje ciało i dotknął mojego serca. Wtedy jakby jednocześnie widziałam Jego dobre oczy ale też zobaczyłam swoje serce. Widok był straszny, tam były jakieś opuszczone gmaszyska, ruiny, sucha, spękana ziemia, uschnięte upiorne drzewa i niebo zakryte gęstymi chmurami. Wszystko szare i bez grama życia. I to wszystko zaczęło się walić. Zaczęłam słyszeć huk tych walących się gmachów, czułam trzęsienie ziemi które się wtedy działo, tak autentycznie słyszałam to i czułam fizycznie, ale jednocześnie czułam jakby mnie ktoś po sercu głaskał z ogromną czułością i delikatnością jakby miękkim piórkiem.

Pan Jezus gdzieś mi zniknął, już go nie widziałam, ale wtedy z ogromną szybkością zaczęłam przechodzić przez bramy i każda z nich pokazywała mi jakąś prawdę. Zobaczyłam że człowiek jest malutki, że jest tylko pyłkiem, że to o co tutaj dbamy, dyplomy, zaszczyty, dobra materialne, stanowiska, że to wszystko jest nieważne i po tym nie zostanie nawet wspomnienie, że naszym zadaniem tutaj jest dojść do nieba. To jest sens życia ziemskiego.  Zobaczyłam przez ułamek sekundy Pana Jezusa na Krzyżu, jak umierał w kłębiących się dookoła Niego ciemnościach, a On sam trwał w tym cierpieniu w ogromnej ciszy i pokorze i to był widok który złamał mi serce.

Zaczęłam rozumieć, że to co jest napisane w Ewangelii, to nie jest jakaś tam historyjka, to się zdarzyło naprawdę, On naprawdę tu był. A potem na końcu zobaczyłam siebie. Zobaczyłam swój grzech. Zrozumiałam że za każdym razem gdy jakiś grzech popełniałam to znęcałam się nad najczystszą, najlepszą Istotą, która tak mnie kocha gdy ją ranię, że jako niewolnik tej miłości do mnie może tylko po cichu w cierpieniu prosić żebym przestała Mu to robić.

Zaczęłam płakać, gorzko
, jak jeszcze nigdy w życiu, nad sobą samą i nad swoim grzechem. To było straszne doświadczenie, tak bardzo bolesne, że myślę, że musiałam dostać mnóstwo łaski od Pana Boga żeby w ogóle to przeżyć. W trakcie tego płaczu nagle z ogromną siłą zaczęło we mnie wybuchać mocne światło, w trakcie tych wybuchów czułam ogrom miłości, który łamał mnie z zachwytu. To były 3 wybuchy i każdy z nich trwał tyle co mrugnięcie okiem a ja miałam pewność, że gdyby trwały całą pełną sekundę to nie przeżyłabym ich. Umarłabym z zachwytu.

I wtedy też jakby uświadomiłam sobie dlaczego Pan Bóg musi się przed nami chować, dlaczego Go nie widać i nie słychać. Bo nasze ciała są zbyt delikatne by przyjąć ten ogrom miłości jaki On dla nas ma i przeżyć to. To był początek. Poczułam że oddycham i że bije mi serce i że oddycham pierwszy raz i serce bije mi pierwszy raz. Że wszystko co było do tej pory w moim 28-mio letnim życiu to była śmierć a teraz jestem stworzona na nowo.

Po tym wydarzeniu poszłam do spowiedzi generalnej, próbowałam wracać do Kościoła, kupiłam sobie swoje pierwsze Pismo Święte, chłonęłam wszystkie konferencje i często chodziłam na Adoracje bo podczas nich ciągle czułam otulające mnie ciepłe światło.



Podczas jednej z Adoracji otrzymałam od grupy prowadzącej słowo poznania gdzie Pan Bóg powiedział że On był ze mną przez całe moje życie i wszystko widział, że to co zrobiła mi rodzina było straszne, ale mam im wybaczyć i mam się w tym procesie oprzeć na cierpieniu Pana Jezusa na Krzyżu.

To były dla mnie bardzo ważne słowa, bo jak w wielu tego typu toksycznych relacjach i moja rodzina próbowała mnie stłamsić gdy szukałam pomocy na zewnątrz i mówiłam innym co się dzieje za zamkniętymi drzwiami. Robili wszystko żeby nikt w to nie uwierzył, żeby nie wyszło na jaw co potrafią i żeby nikt mi nie pomógł.

Pierwszą Osobą w moim życiu, która jasno i wprost powiedziała że wie, że to wszystko o czym mówię to prawda, to był Pan Bóg. I wtedy poczułam że On jest moim Prawdziwym Przyjacielem.

Jednak choroba nie ustępowała, a wręcz nabierała na sile, potrzebowałam kolejnej operacji, do tego zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Gdy klękałam do modlitwy widziałam powykręcane, połamane monstrum które śmiało się ze mnie, że tyle w życiu nagrzeszyłam a teraz będę udawać świętą. Zdarzały się sytuacje gdy niezależnie ode mnie wchodziłam w przestrzeń duchową. Np. Byłam na ulicy i w ułamku sekundy znajdowałam się na tej samej ulicy ale jakby w innym wymiarze. Podczas tych wydarzeń widziałam złego który stoi przede mną i aż cały trzęsie się od nienawiści do mnie, że chce mnie rozerwać na strzępy.

Widziałam miejsce w piekle jakie dla mnie przygotował, ale kluczowym i najgorszym doświadczeniem było gdy podczas jednej z takich sytuacji, zły stanął przede mną, powiedział że Pan Bóg mnie zostawił i już nigdy po mnie nie wróci, i mam uklęknąć teraz przed złym i oddać mu hołd. Nie zrobiłam tego, ale szybko zapisałam się do księdza egzorcysty do ks. Sarzyńskiego. Byłam u niego na modlitwie o uwolnienie i rzeczywiście po tej modlitwie wszystkie te wizje się skończyły ale zaraz też po samej modlitwie zaczęły mi się przypominać grzechy, których nie wyspowiadałam na spowiedzi generalnej

Zaczęły się pojawiać jedne po drugim, wypływały jakby na powierzchnię i miałam wtedy świadomość że coś mnie blokowało cały czas, że ja tych grzechów nie widziałam, choć przygotowując się do spowiedzi generalnej ciągle analizowałam swoje życie wzdłuż i wszerz a i tak nie mogłam tak wielu i to poważnych rzeczy dostrzec.

Spisałam je i zaczęłam szukać księdza który mnie wyspowiada. Nie doszło do tej spowiedzi przez kolejne dwa lata, ponieważ choroba nasiliła się do tego stopnia że zaczynałam tracić z bólu przytomność. Ile razy umawiałam się z księdzem na spowiedź, tyle razy fizycznie nie byłam w stanie przez nią przejść.

W tym czasie zostałam zwolniona z pracy bo przestałam do niej chodzić w ogóle. Dostałam skierowanie znowu na trzecią operację. Już ledwo żyłam z bólu. W tym też stanie bez spowiedzi i  Komunii dochodziło do takich sytuacji, że każda moja modlitwa lub praktyka religijna obracała się przeciwko mnie. Np. gdy postanowiłam, że będę oddawać dziesięcinę i zrobiłam pierwszy przelew, nagle straciłam wszystkie pieniądze. Zaczęłam dochodzić do wniosku że strach się modlić, bo po każdej modlitwie wydarza się tylko gorsze nieszczęście.

Bardzo niesłusznie oskarżałam o to Pana Boga
, uważałam że się nade mną znęca. Dzisiaj wiem, że to nie był On. Od momentu utraty pracy zostałam na łasce a raczej niełasce rodziny. Byli jak stado wściekłych psów, wyganiali mnie z domu, chorą na ulicę. Choć są to osoby które mogły mi pomóc w wielu kwestiach, ich nienawiść do mnie była tak wielka, że choć zdawali sobie sprawę z tego że  wyrzucają mnie z domu i że zamarznę, nie dożyję rana, byli tego w pełni świadomi a i tak próbowali to zrobić.

I to był czas w którym do Pana zadzwoniłam z prośbą o modlitwę. Gdzie byłam już od ponad roku bez pracy, rodzina ostatecznie powiedziała że mnie wyrzucają, a ja byłam w stanie fizycznym tak złym, że nie byłam w stanie dojść do spowiedzi. Pomodlił się Pan nade mną. Jeszcze tylko tutaj wspomnę, że na tamten czas miałam usunięty lewy jajnik, a do tego pojawiła się kolejna torbiel i miałam skierowanie na operację w celu usunięcia tej torbieli. Podał mi Pan również informację o modlitwie przebaczenia, tej z tabelką (*pod świadectwem umieściłem tabelkę), i dał mi Pan namiar na Agnieszkę.

Agnieszka przyjechała następnego dnia, pomodliła się nade mną i dała namiar na swojego księdza który mógłby mnie wyspowiadać.

Tego samego dnia poczułam skutek modlitwy o przebaczenie tej z tabelką. Autentycznie, fizycznie poczułam jak spadł ze mnie ciężar, jakby kamienie czy kajdany, to po prostu opadło. Stałam się wolna i lekka. I zrozumiałam wtedy że nie potrzeba przeprosin od osób które zrobiły krzywdę żeby im wybaczyć. Wręcz stawianie warunków, że wybaczę gdy mnie przeproszą to jest jakaś forma znęcania się. I że przebacza się po prostu, a można to zrobić całkiem łatwo, gdy odczuwa się miłość Bożą, ona wypełnia serce i daje poczucie pełni i wtedy przebaczenie jest niesamowicie łatwe.

Dlatego trzeba jednocześnie przy modlitwie o przebaczenie prosić o doświadczenie Bożej Miłości. I to po prostu działa.

Kolejny krok to była spowiedź z tych zaległości. Szło to strasznie pod górkę, umawiałam się z tym księdzem od Agnieszki kilka razy i za każdym razem bóle były tak straszne a do tego lekooporne, że nie było szans na spowiedź. Ale 5 października 2019 roku, rano, wstałam i poczułam wewnętrznie ciszę i spokój i na dodatek czułam się o dziwo nagle dobrze. Pomyślałam, że wykorzystam to na spowiedź ale obawiałam się, że ksiądz od Agnieszki na pewno ma jakieś obowiązki i nie mogę mu się tak nagle zrzucić na głowę, bo nie będzie miał czasu. 

Pojechałam więc do centrum miasta i chodziłam od kościoła do kościoła i szukałam księdza, który by mnie wyspowiadał, ale nikt nie miał na taką dłuższą spowiedź czasu. Wróciłam do domu trochę podłamana i pomyślałam, że zaryzykuję, napisałam do tego księdza smsa że dzisiaj dobrze się czuję i można by wykorzystać tę okazję na spowiedź, czy ksiądz miałby czas? Ksiądz oddzwonił i ze śmiechem powiedział, że dzisiaj jest wspomnienie siostry Faustyny i żebym pamiętała, że Faustyna mi pomogła i żebym przyjechała się wyspowiadać. Udało się w końcu i to. Od tamtej pory już mogłam pełnoprawnie uczestniczyć w Sakramentach i życiu Kościoła i korzystałam z tego kiedy się dało, ale zaczęłam się też lepiej czuć.

Nagle dalsza rodzina która była również przeciwko jakiejkolwiek pomocy, zgłosiła się z chęcią jej udzielenia. Rodzina w domu na miejscu ciągle zachowywała się jak banda wściekłych psów. Ciągle były krzyki i straszenie wyrzuceniem z domu. Pomodliłam się na różańcu z prośbą żeby Matka Boża zainterweniowała, długo nie musiałam czekać. Nie wiem co się stało, co na nich wpłynęło, ale przestali.  Skończyły się wyzwiska i krzyki. Tak po prostu nagle.

Nadchodził czas trzeciej operacji. Przed nią dostałam skierowanie na badania krwi. Kiedy dostałam wyniki doznałam szoku. Pierwszy raz od pięciu lat wyniki były w normie, przede wszystkim białe ciałką krwi, nie podwyższone, wszystko w normie. W dniu przyjęcia do szpitala stało się coś czego nie rozumiem. Okazało się podczas badania USG że mam oba jajniki. Ten lewy który teoretycznie miał być usunięty, jest cały i zdrowy i nie ma żadnej torbieli. Najpierw badał mnie jeden lekarz, kolokwialnie rzecz ujmując, zgłupiał, potem zadzwonił po drugiego lekarza żeby i ten mnie zbadał, na końcu zadzwonili do trzeciej lekarki.

Nie znaleźli na USG żadnej torbieli ale uznali że na wszelki wypadek zostanie mi zrobiona laparoskopia żeby sprawdzić w środku czy tej torbieli na pewno nie ma. Nie, nie było jej.

I tutaj pojawia się ten problem formalny, o którym wspomniałam na początku. Na wypisie ze szpitala lekarz nie uwzględnił informacji, że zostałam przyjęta z podejrzeniem torbieli, jest tylko informacja, że z powodu zdiagnozowanej endometriozy miałam wykonaną laparoskopię, natomiast badanie USG, na którym było widoczne, że lewego jajnika nie ma, ale  jest torbiel, znajduje się w przychodni. Próbowałam je odebrać, ale zaczęła się kwarantanna w związku z pandemią wizyty są odwoływane. Jednak jak tylko je zdobędę prześlę je, póki co nie mam jak formalnie udowodnić tego zaniku torbieli i tego że „odrósł” jajnik.

Zaraz po wyjściu ze szpitala odezwała się do mnie koleżanka z propozycją rozpoczęcia prestiżowego stażu. To też moim zdaniem cud i łaska od Pana Boga, bo to koleżanka z poprzedniej pracy z  którą nigdy nie byłam blisko, nie raz się pokłóciłyśmy i nie przepadałyśmy za sobą. A to właśnie  ona zadzwoniła  do mnie z taką propozycją. Zgodziłam się od razu, poszłam na rozmowę o staż i zostałam przyjęta.

Nagle troszkę się zrobiło pod górkę. bo okazało się, że radca prawny nie chce podpisać umowy o staż.  Początkowo ją podpisał, a potem wycofał tę zgodę i prowadzi rozmowy z pełnomocnikiem z urzędu w kwestii tej mojej umowy. Minęło kilka tygodni a ja wciąż nie miałam odpowiedzi, wciąż umowa nie była podpisana. 

Któregoś wieczoru zaczęłam oglądać odcinek z kanału Prowadzi mnie Jezus i w trakcie modlitwy poczułam jakby coś mnie uderzyło w głowę, ale tak bezboleśnie i w tym czasie Pan Robert powiedział, że ktoś właśnie otrzymuje światło Boże i odczuwa to jak strzałę w tył głowy. Pomyślałam że to jakby do mnie, ale nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło do końca modlitwy.

Położyłam się spać a następnego dnia gdy tylko otworzyłam oczy, tak jakby zobaczyłam, że to, że ta umowa o staż nie jest podpisana, to nie jest kwestia tego, że jakieś zło do mnie wróciło i chce mnie nękać, tylko to jest zaproszenie do modlitwy za tego radcę prawnego ponieważ on ma jakieś cierpienie, jakiś chaos w życiu.

Dostałam wcześniej taką informację z przyszłego miejsca pracy, że ten radca wszystkie umowy podpisał, tylko moją nie i że jest to bardzo dziwne bo wszystkie umowy o staż są skonstruowane tak samo i nikt nie rozumie dlaczego moja jedna umowa nie została podpisana. Wtedy rano zrozumiałam, że przez tę sytuację ta osoba jest mi pokazana, wystawiona jak na tacy i mam się za nią modlić. 

I zaczęłam od tamtej pory modlić się za tą osobę i przyjmować w jej intencji Komunię Świętą. Jednocześnie w trakcie osobistej modlitwy zostało mi pokazane, że moje choroby wynikają z braku miłości. Że one są bo nie doświadczyłam miłości i konkretnie chodziło o miłość ojca. Że to on jest tym moim najważniejszym zranieniem. Kilka dnia później na którymś z kanałów charyzmatycznych na youtubie usłyszałam potwierdzenie, że choroby autoimmunologiczne mogą mieć przyczynę w braku doświadczenia miłości w życiu, z odrzucenia.

Zaczęło mi to bardzo doskwierać, zaczęły się takie sytuacje że np. podczas spowiedzi gdy ksiądz był dla mnie po prostu dobry, miałam rozpaczliwe pragnienie błagać go żeby przytulił mnie jak ojciec córkę. Widziałam dziewczynkę przytuloną, śpiącą na rękach u swojego taty i poczułam rozdzierający ból, ogromną pustkę której niczym nie mogę wypełnić, pustkę tego braku uczucia od taty. Zobaczyłam że moje życie, decyzje i wybory były podporządkowane pod szukanie miłości ojcowskiej, ja tę pustkę ciągle w sobie nosiłam i gdzie nie poszłam próbowałam ją zapełnić i rozpaczliwie oczekiwałam od ludzi, że w jakiś sposób mi w tym pomogą, dadzą mi to czego mi brak.  

Zaczęłam też się martwić i wewnętrznie pytać Pana Boga jak to naprawić? Jeżeli moje uzdrowienie jest zależne od wypełnienia miłością ojcowską i poczuciem bezpieczeństwa które daje tata i nikt inny to jak ja mam to zdobyć? Bałam się że teraz choć już znam swoje zranienie i potrafię je nazwać to nie mam lekarstwa.

Pojawił się kanale Prowadzi mnie Jezus  odcinek z udziałem Krzysztofa Sowińskiego. Uparcie mi się pokazywał w proponowanych, a  ja równie  uparcie go omijałam. W końcu wczoraj, jakoś od niechcenia pomyślałam że włączę i obejrzę. Gdy doszło do modlitwy Pan Krzysztof powiedział że widzi dziewczynę  która gdy ogląda ten film jest ubrana na czarno biało i że ma jakieś zranienie od ojca ziemskiego i że Pan Bóg chce to zranienie wyleczyć. Świat mi się zatrzymał bo to znowu było o mnie.

Wtedy też nagle  znowu miałam wewnętrznie w sercu wizję Boga Ojca, który z ogromną czułością, radością i delikatnością trzyma w rękach moje serce i przytula je do Swojego policzka i pielęgnuje je.

Natomiast dzisiaj rano dostałam informację, że radca prawny podpisał umowę i zaczynam staż 25 maja.

Wiem na 100 % że  manifestacja mojego uzdrowienia idzie do mnie wielkimi krokami, jeszcze w tej chwili nie mogę powiedzieć że jest wszystko idealnie i że obudziłam się zdrowa, bo tak nie jest, ale wiem że tak będzie.  

Często też wewnątrz serca słyszę Głos, radosny i mocny który w prostych słowach coś do mnie mówi. Wierzę że to Pan Jezus. Usłyszałam np. jak powiedział mi odnośnie stażu, że On mi pomoże i Go dostanę.

Gdy słyszałam te Słowa, byłam przed otrzymaniem informacji, że radca prawny wycofał zgodę. Trzymałam się tych Słów jak tylko mogłam, powtarzałam sobie ciągle że jak Pan Jezus coś obiecał to tak będzie, choć zdarzały mi się krótkie załamania wiary i martwienie się w tej kwestii ale uparcie wracałam do tych słów. I Pan Jezus nie zawiódł.

Usłyszałam też od Niego, że gdy przyjdzie mój czas, to On po mnie przyjdzie i jednocześnie było mi pokazane, że  te  słowa oznaczają że jest dla mnie przygotowane jakieś miejsce w Kościele na konkretną posługę. Nie wiem co to będzie, ale wiem że już to dostałam choć jeszcze tego nie widzę. 

Chciałabym zakończyć mówiąc że Pan Bóg wcale nie jest uparty i złośliwy, On nie patrzy na człowieka i nie dokłada mu ciężaru czekając ile jeszcze  wytrzyma. Wszystko co w życiu dręczy to pochodzi od złego.

To świadectwo jest długie, ale gdyby się zdecydował Pan je komuś przeczytać czy pokazać to nie mam nic przeciwko i chciałabym bardzo ale to bardzo, żeby każda osoba która będzie miała styczność z tym świadectwem wyciągnęła pewien oczywisty wniosek.

Otóż ja byłam sama.
Zupełnie sama. Bez pomocy ze strony rodziny a przez dolegliwości odcięta od świata i pomocy stamtąd, po czym okazało się że gdy już ten dostęp uzyskałam to nikt i tak nie był mi w stanie pomóc.

I Pan Bóg przyszedł, On sam osobiście. I jeśli przyszedł tak do mnie, to przyjdzie do każdego.

Chciałabym żeby to świadectwo dotarło do ludzi którzy nie widzą nadziei, którzy planują popełnić samobójstwo i chciałabym żeby ci ludzie uwierzyli choć przez chwilę, że jeśli nie mają w swoim otoczeniu osoby która pomogłaby im tak jak tego potrzebują, to że Pan Bóg jest taką Osobą, żywą, prawdziwą, realną. On naprawdę jest.

Naprawdę można z Nim szczerze pogadać i poprosić o pomoc, dać Mu szansę na działanie przez Sakramenty a potem po prostu poczekać i zaczną się pojawiać okazje i rozwiązania. Przy okazji dziękuję że wtedy się Pan pomodlił nade mną i opowiedział o tej modlitwie przebaczenia. To był bardzo ważny element całej tej historii. Dziękuję i wszystkiego dobrego dla Pana i całej wspólnoty.

Pozdrawiam!
Magdalena